Miałeś chamie Złoty Róg, czyli opowieść o tureckich liniach lotniczych, kotach i pieczonych kasztanach na placu... przed Hagią Sophią.
Pewnego letniego dnia Mama zaproponowała mi listopadowy wypad do Turcji. Jak mogłabym odmówić własnej Mamie?!
14. listopada z lotniska Berlin Tegel wyleciałyśmy do Istambułu. Króciutki i przyjemny lot uwieńczony został zakwaterowaniem w hotelu Black Bird (usytuowanym niedaleko Wielkiego Bazaru) i pierwszym spacerem po mieście.

Następny dzień był tym, na co czekałam najbardziej: wizyta w Błękitnym Meczecie, Hagii Sophii i Pałacu Topkapi.
Najważniejsza była oczywiście Hagia i jej cudowna Deesis:



Będąc w Paryżu 2 lata temu, ogromnie rozczarowana byłam brakiem pieczonych kasztanów na Placu Pigalle. Miałam natomiast okazję skosztować ich właśnie pod muzeum.
Pałac Topkapi nie wywarł na mnie większego wrażenia, oglądanie kosztowności na dłuższą metę było dość nużące. Wolałam w tym czasie zaprzyjaźniać się z kotami, których w Turcji całe mnóstwo.

Po wrażeniach estetycznych przyszedł czas na Bazar pełen aromatycznych przypraw i nocny przejazd po Istambule.
Kolejny dzień to poranne pakowanie walizek. Po śniadaniu opuściłyśmy hotel i przepłynęłyśmy promem Cieśninę Bosfor, udając się do Azji. W planach miałyśmy wizytę w pierwszej stolicy Imperium Osmańskiego - Bursie z jej Wielkim Meczetem i Jedwabnym Bazarem.


Wieczorem byłyśmy już nad Morzem Egejskim i noc spędziłyśmy w Halic Park Hotel w miejscowości Ayvalik.
Ta Turcja była zupełnie inna: ciepła, z palmami i cudownym morzem. Nie nacieszyłysmy się jednak daktylami zbyt długo, bo nazajutrz z walizkami ruszyłyśmy do Efezu.
Tutaj muszę wspomnieć o tym, że kulturoznawcza część mnie była wyjazdem po prostu zachwycona.
Wszak zobaczyłam Bibliotekę Celsusa:

Najpierw jednak dotarłyśmy na Wzgórze Coressus, do domu Matki Boskiej: 

Na noc zatrzymałyśmy się w hotelu Sealight w miejscowości Kusadasi.

Po śniadaniu wróciłyśmy do Ayvalik, gdzie odpoczywałyśmy przez cały następny dzień. Był czas na długi spacer po miasteczku


i lenistwo w łóżku tego samego hotelu, w którym zatrzymałyśmy się poprzednio.
Potem była Troja


i powrót do Europy, przeprawiając się Cieśniną Dardanele. 
Ostatnie 2 (jak nam się wówczas wydawało) dni w Istambule upłynęły pod znakiem wizyty w fabryce dywanów,

zakupów na Wielkim Targu i rejsu po Złotym Rogu:



21. listopada ze smutkiem opuściłysmy Czarnego Ptaka i udałyśmy się na lotnisko Ataturk, skąd o 14:05 tureckimi liniami miałyśmy wylecieć do Berlina.
W olbrzymim skrócie: po 8h spędzonych na terminalu, Berlin Tegel zniknął z tablic i okazało się - nie od razu zresztą -, że stolica Niemiec od kilku dni nie przyjmuje samolotów ze względu na mgłę. Czekało nas anulowanie anulowania wizy, co pozwoliło nam wydostać się z lotniska i spędzić dodatkową, nieplanowaną noc w Istambule, w uroczym hotelu , do którego nas skierowano.
22. listopada, dokładnie po 24h opóźnienia, nie bez problemów, opuściłyśmy Instambuł i późnym wieczorem, z mnóstwem wspomnień, wróciłyśmy do domu.
Ta krótka relacja powstała dla Mamy. Bo chciała :-*
Napisane 20 grudnia, 2009 przez met